Avant Art 2k14. Keiji Haino / Zeitkratzer / Stephen O’Malley

Kolejnym artystą z Japonii, obok Ryoji Ikedy, występującym na festiwalu Avant Art, był Keiji Haino. Haino w ramach Avantu wystąpił dwukrotnie. Pierwszy raz z grupą Zeitkratzer podczas koncertu „Metal Machine Music: Tribute to Lou Reed”, następnie kilka dni później zaprezentował się w towarzystwie Stephena O’Malley’a. Już choćby przez sam fakt nagromadzenia tak ogromnej liczby utalentowanych osób na scenie, można było pozwolić sobie na tezę, że oba koncerty dostarczą ogromnych emocji i wyjątkowych wrażeń. Wszak we Wrocławiu nieczęsto mamy okazję uczestniczyć w tego typu wydarzeniach. 

Zeitkratzer –  supergrupa muzyków improwizowanych i akademickich wykonująca utwory awangardowe, noise, czy elektroniczne, które są rozpisywane na instrumenty klasyczne. Stephen O’Malley – to z kolei artysta, poruszający się w obrębie ekstremalnych brzmień: doom’u, noise’u, drone’u, zaangażowany w całą masę różnorodnych projektów i kolaboracji, takich jak Sunn O))), KTL, Ensemble Pearl. Zaś Keiji Haino od ponad 40 lat aktywnie działa na przecięciu wielu wrażliwości i stylistyk, wciąż pozostając niekwestionowaną ikoną japońskiej sceny awangardowej.

fot. Marcin Maziej

„Tribute to Lou Reed” bazował na materiale z wydanego w tym roku przez Zeitkratzer albumu Lou Reed „Metal Machine Music”, na którym muzycy odtwarzali wszystkie cztery części z kultowej płyty Lou Reeda. We Wrocławiu ich występ również podzielony był na cztery części, jednak poza pierwszą, gdzie wykonawcy starali się poruszać tropem oryginalnego wykonania Metal Machine Music, po pojawieniu się na scenie Keiji’ego Haino (który dołączył do nich pod koniec pierwszego segmentu) dramaturgia utworu zmieniła się diametralnie. Znany z ogromnej żywiołowości, niestandardowych zachowań na scenie oraz szerokiego wachlarza technik wokalnych, Keiji w przeciągu kilku chwil zahipnotyzował publiczność, wyrzucając z siebie złowrogo brzmiące okrzyki, przesycone kompletnie niezrozumiałą, zwierzęca liryką. To, co wydawało się serią całkowicie chaotycznych zachowań, skrywało precyzyjne gesty, oderwane od przypadkowości. Czasami używając zaledwie mikrofonu kontaktowego, Keiji, potrafił za jego sprawą „zrobić” serie dźwięków o niezwykle bogatej fakturze. Mlaskanie, stukanie mikrofonem w policzek, przysuwanie go w okolice gardła, by wydostać z niego charakterystyczną wibrację, te wszystkie praktyki organizowały działania Haino na scenie. Zespół Zeitkratzer z kolei komponował tło dla rozgrywającej się nawałnicy ludzkiego głosu i ekspresji, pozostając w cieniu szalejącego na scenie lidera. Nie wiem czy można to potraktować jako zarzut, ale muzycy Zeitkratzer nie mieli okazji zaprezentować wszystkich swoich możliwości (choć większość z nich znanych jest z wybitnych solowych dokonań). Ten wieczór należał do Keiji’ego Haino, który swoim zachowaniem zdominował wszystkich.

fot.: Marcin Maziej

Podobne wrażenie, absorbowania uwagi przez Haino, miałem w trakcie drugiego występu Keiji’ego w towarzystwie Stephena O’Malley’a. O’Malley skupił się głównie na tworzeniu dronowych warstw, przechodząc z głębokiej intensywności w stronę potężnego hałasu. Nie wybijał się raczej na pierwszy plan i cały czas dało się wyczuć, kto tutaj jest liderem i komu podporządkowane są wszystkie jego działania. Z kolei Keiji wykorzystując sampler, gitarę elektryczną i swój głos, co rusz atakował słuchaczy ścianą dźwięków o różnym natężeniu.

Przed ich wspólnym występem, Haino i O’Malley zagrali krótkie sety. O’Malley, wygrywał „szerokie” frazy, wytwarzając atmosferę medytacji i skupienia, z kolei Keiji uderzając młoteczkami w okrągłe, metalowe (?) płytki zainstalowane na drewnianych podstawach, wydobywał z nich czyste wibrujące i przenikliwe barwy, tłumione niekiedy szybkim ruchem dłoni.

Jakkolwiek, o obu występach Keijiego Haino mogę mówić w samych superlatywach i uważam, że były to jedne z najważniejszych moich koncertów ostatnich lat, to choćby ze względu na towarzyszących mu wybitnych muzyków, odczuwam lekki niedosyt, że nie mogli oni zaprezentować swoich możliwości w pełni. Ale to ledwie rysa na powierzchni ideału.