MUSICA ELECTRONICA NOVA: NIEDZIELA 15.05 „Women in love” Opera Wrocławska

Druga część zaplanowanych na niedzielę wydarzeń odbyła się w Operze Wrocławskiej. Wrocławską premierę miała tam (multimedialna) opera kameralna Cezarego Duchnowskiego Ogród Marty do libretta Piotra Jaska. Znając wcześniejsze kompozycje Cezarego Duchnowskiego (reprezentanta i jednego z inicjatorów wrocławskiego Studia Kompozycji Komputerowej) i będąc wielkim fanem jego twórczości, z wielkim zainteresowaniem oczekiwałem na to wydarzenie.

Pierwsze chwile opery to swoisty chaos. Szemrzące i pozornie nieuporządkowane dźwięki fortepianu wygrywane przez Justynę Skoczek, przepływ obrazów wyświetlanych na ogromnym ekranie, strzępy wypowiedzi mężczyzny przepuszczane przez różne efekty. Po jakimś czasie, kiedy mogło się już wydawać, że jesteśmy zakotwiczeni w dziejącej się akcji, pojawia się kolejne zaskoczenie. Zapalają się światła, słychać krzyk: „Stop! Źle! Zaczynamy od początku” – kurtyna opada i ponownie wracamy do sytuacji wyjściowej. Takie niespodziewane zerwanie tematu miało miejsce jeszcze kilkukrotnie.

Historia dwojga bohaterów: kobiety i mężczyzny prowadzących ze sobą dialog rozpięty na różnych etapach ich życia, została przedstawiona w sposób niezwykle nowoczesny i sugestywny. Reminiscencje zwrócone do drugiej osoby pojawiają się jak gdyby pozbawione uporządkowania. Głosy z czasu młodości zderzają się z tymi będącymi już u schyłku, rywalizują ze sobą, ścierają się w wewnętrznej idiosynkrazji. Towarzyszące temu wizualizacje wzmacniały jedynie efekt bałaganu panującego (najprawdopodobniej) w pamięci człowieka, funkcjonującej jakby na wskroś nam samym.

Nasze wspomnienia decydują o tym jak zapamiętamy siebie, ale czy to, co pamiętamy jest dokładnie tym jak byliśmy kiedyś? To fundamentalne pytanie przewija się w różnych formach (wizualnej, muzycznej, mówionej) przez całą akcję opery. Można było odnieść wrażenie, że bohaterowie chcą pozostałe w ich pamięci fragmenty wydarzeń jakoś ze sobą powiązać, spróbować nadać im jeszcze jakieś znaczenie, które być może kiedyś miało dla nich istotny i emocjonalny sens.

Na szczególne wyróżnienie zasługują genialne wizualizacje Macieja Walczaka. Na ogromnych półprzezroczystych ekranach oddzielających aktorów od widzów (jednak nie zasłaniając ich całkowicie), pojawiały się oniryczne sekwencje (jednak mające ścisły związek z akcją opery) przechodząc płynnie jedne w drugie. Było w nich coś hipnotycznego, przeprowadzonego z epickim wręcz rozmachem i pomysłowością.

Muzyka skomponowana przez Cezarego Duchnowskiego, to dźwięki najwyższej próby. Kiedy wcześniej słuchałem wykonań w Auli Ossolineum, bardzo często pojawiały się we mnie wątpliwości dotyczące tych utworów i prezentowanej przez nie jakości. W Ogrodzie Marty nie było ani jednej takiej chwili. Oryginalne rozprawienie się z konwencją, przełamywaną ze swobodą i lekkością, wspaniałe partie solowe Agaty Zubel (i zapadająca w pamięć akcja, kiedy rozemocjonowana Agata Zubel chodzi po scenie będąc filmowana w czasie rzeczywistym a obraz jest emitowany na ekranie), wybrzmiewająca na wielu poziomach delikatna gorzka ironia, to wszystko sprawiło, że wychodząc z gmachu Opery Wrocławskiej miałem wrażenie uczestnictwa w najlepszym jak dotychczas wydarzeniu festiwalowym.