Festiwal Ambientalny 2012. Relacja

To już pięć lat istnienia Festiwalu Ambientalnego, który z wydarzenia lokalnego rozrósł się do rozmiarów wykraczających poza wąskie ramy słuchaczy i wielbicieli muzyki ambient. Organizatorzy z każda kolejną edycją starają się rozwijać i wyciągać wnioski z wcześniejszych edycji. Dobrym tego przykładem był piątkowy „koncert” w Klubie Puzzle otwierający Festiwal. Tym razem uniknęliśmy słabej jakości wizualizacji, bo do występu została zaproszona ceniona wrocławska vj’ka Emiko, której obrazy świetnie wpasowały się w mroźne idm’owe struktury Vasena Piparjuuriego, a w przypadku występu Nmls swoją jakością i dojrzałością wyraźnie odstawały od naiwnych i przewidywalnych „kompozycji” Piotra Michałowskiego. W piątkowym zestawie Nmls był zdecydowanie najsłabszym ogniwem, po raz kolejny skłaniając do refleksji (tym razem niemiłej) na ile sensowne jest serwowanie festiwalowym słuchaczom rodzimych artystów poruszających się w obrębie pewnego stylistycznego-klucza,  najprawdopodobniej niezwykle bliskiego organizatorom, skoro ta sytuacja cały czas się powtarza i ma miejsce także podczas Festiwalu Nowobrzmienia (to akurat kwestia jak do tej pory nierozwiązywalna). Z kolei piątkowy występ gwiazdy wieczoru Pole’a niczym szczególnym mnie nie zaskoczył. Był solidnym 50 minutowym livem będącym zapowiedzią mającego się ukazać w nowym roku albumu. Tylko tyle i aż tyle.

Ostatni dzień Festiwalu Ambientalnego przyniósł jak się można było spodziewać kolejnych polskich artystów, kolaborację An On Bast z Maciejem Fortuną (miks elektroniki z trąbką) oraz Michała Jacaszka wspieranego przez dwóch muzyków klawesynistę oraz klarnecistę. Jedynym zagranicznym akcentem tego wieczoru był skandynawski duet Deaf Center. Spośród polskich wykonawców najciekawiej wypadł Jacaszek ogrywający swoją ostatnią płytę Glimmer, z kolei duetowi An On Bast / Maciej Fortuna zabrakło odważniejszej postawy, co doprowadziło do tego, że muzyka była przewidywalna: partie trąbki klasyczne zaś elektronika brzmiała zachowawczo. Dobrym punktem odniesienia dla tego jak mógłby brzmieć taki duet w podobnej stylistyce jest kolaboracja nieżyjącego już Alexa van Heerdena z Magnusem Johanssonem, którzy przez siedemdziesiąt minut trwania ich wspólnej płyty Nefertiti, trzymając się ram kompozycyjnych z łatwością je przekraczali tworząc nową jakość. Występem, który w niedzielę przypadł mi najbardziej do gustu, był koncert Deaf Center. Rozległe i zamglone pętle wygrywane na gitarze przez Erika Skodvina tworzyły hipnotyczne tło dla partii klawiszowych Otto Totlanda. Cały set w ich wykonaniu przepłynął niepostrzeżenie.

Kolejna edycja festiwalu przyniosła pewne kosmetyczne zmiany, ale większych i odważniejszych w najbliższym czasie chyba nie ma się co spodziewać. Ambientalny corocznie przyciąga liczne grono entuzjastów, posiada ugruntowaną pozycję i wygląda na to, że wygodnie osiadł na sprawdzonych rozwiązaniach, które nie wprowadzają elementu niepotrzebnego ryzyka. Zapraszane największe gwiazdy to artyści zwykle posiadający już ugruntowaną pozycję, co nie do końca przekłada się na świeżość programowych propozycji, ale przekłada się na frekwencję podczas koncertów. W tej niezbyt komfortowej sytuacji, próby znalezienia balansu między pozwoleniem sobie na dowolność w wyborze, a prostą ekonomią, Ambientalny będzie jawił się jako festiwal o dużym, choć niespełnionym potencjale.

Reklama