Festiwal Ambientalny 2011, Wrocław. Relacja

Tegoroczna edycja Festiwalu Ambientalnego miała być nowym otwarciem dla jego organizatorów. Zmieniła się lokalizacja, z hałaśliwego Klubu Włodkowica 21 wydarzenia festiwalowe zostały przeniesione do Synagogi Pod Białym Bocianem cechującej się wspaniałym wnętrzem i akustyką, idealnie wpisującym się w odbiór muzyki ambient. Dysponując taką przestrzenią należało jedynie zadbać o to, by miejsce wypełnić „odpowiednią treścią” i ludźmi.

SOBOTA
Początek Festiwalu należał do polskiego wykonawcy Stendeka oraz VJ’skiego projektu Hertzshmertz absolwentki grafiki gdańskiej ASP Agaty Królak. Występ nie cechował się niczym szczególnym, a brzmienie było przewidywalne, dalekie od jakiejkolwiek oryginalności. Monotonne i nieciekawe barwy okraszone idm’owym bitem wprowadziły mnie w groteskowy retro-stan, z którego udało mi się wyrwać rezygnując z wysłuchania występu Stendeka do końca.

Kolejnym artystą, który miał zaprezentować swoje umiejętności był Hecq. Znając jego wcześniejsze dokonania cechujące się miejscami dużą surowością oraz monumentalizmem, oczekiwałem podobnej atmosfery podczas jego występu. Ku mojemu zaskoczeniu otrzymałem dawkę ckliwej przestrzeni wzbogacanej chwilami dubstepową rytmiką. Momentami miałem wrażenie, że nie słucham „ambitnej i awangardowej muzyki elektronicznej”, a czegoś na kształt soundtracku do serialu albo gry video. Dodatkowo to wrażenie dysonansu poznawczego potęgowały VJ’skie popisy Hertzschmertz do złudzenia przypominające to, co zaprezentowała w występie Stendeka, które banalnością i powtarzaniem tych samych efektów i ujęć tępo porażały zmysły; niestety inaczej tego nie da się opisać, a rozmowy z innymi uczestnikami tego wydarzenia tylko potwierdziły moje odczucia.

Jedynym ratunkiem dla sobotnich wydarzeń pozostał Murcof, który faktycznie stał się osobliwym wybawicielem ubarwionej jaskrawo-przesłodzonymi światełkami świątyni i zagrał pięknego seta wypełnionego utworami ze swoich płyt.

NIEDZIELA
Wydarzenia z poprzedniego dnia pozostawiły spory niesmak, dlatego liczyłem, że artyści których miałem wysłuchać w niedzielę okażą się ciekawsi od ich poprzedników. Na początku wystąpił Konrad Kucz z wiolonczelistą Mateuszem Kwiatkowskim z audiowizulanym projektem Symphony. Wstęp zapowiadał się niezwykle obiecująco: wspaniałe popisy taneczne wyświetlane na ekranie oraz zsynchronizowana z ruchami tancerzy muzyka robiły wrażenie i na tym występ mógłby się zakończyć, bo z każdą chwilą przebieg koncertu stawał się przewidywalny i ponownie miałem wrażenie jakbym słuchał muzyki do serialu, który za wszelką cenę próbuje banalnymi środkami wykrzesać ze mnie całe tony ckliwych emocji. Partie wiolonczelisty na wskroś klasyczne bez żadnego momentu zaskoczenia, brakowało tutaj złożonych emocji i jakichś ciekawszych wykonawczo rozwiązań jak chociażby tych z utworów Kaiji Saariaho, Benjamina Brittena, albo z naszego podwórka kompozytorki Dobromiły Jaskot. Jedynym plusem w całym występie były wizualizacje.

Następnym artystą, który miał grać był Tilman Ehrhorn. Muzykę Ehrhorna znam bardzo dobrze. Na koncie płyty wydawane w dawnej Mille Plateaux, Resopal Schallware, Neo Ouija cechujące się oryginalnym podejściem do obróbki dźwięku przybliżającym go do takich artystów jak Pole, Jan Jelinek czy Sutekh. Podczas występu Tilman zagrał utwory ze swoich płyt, nieznacznie zmodyfikowanych przez różnego rodzaju efekty, a także kilka nowych kawałków, które wyraźnie różniły się od jego poprzednich dokonań. Najwidoczniej Ehrhorn postanowił zerwać ze swoim charakterystycznym brzmieniem i spróbować stworzyć muzykę będącą wypadkową najnowszych trendów w muzyce tanecznej takich jak future garage, dubstep, acid house. Z całego występu Ehrhorna najlepiej w mojej opinii wypadły jednak utwory starsze, a zapowiedź nowych dokonań i być może wydania nowego materiału odebrałem jako całkowicie nietrafiony wybór, w którym (jak na razie) artysta nie realizuje swoich możliwości najlepiej.

Finałowym wydarzeniem był live w wykonaniu Tima Heckera. Muzyka Heckera momentami kapitalnie wykorzystywała możliwości akustyczne miejsca wypełniając je potężną rozwibrowaną masą dźwięku wprawiającą w drżenie całe ciało. Hecker rozmyślnie dawkował napięcie i intensyfikację emocji przemieszczając się z ostrych i hałaśliwych rejestrów w te bardziej stonowane, hipnotyczne i melancholijne, zanurzone jednak w skorodowanych fakturach.

Patrząc na przebieg Festiwalu nie mogę uciec od wrażenia wielkiego estetycznego niedosytu. Festiwal z każdą edycją staje się coraz większym przedsięwzięciem, a wraz z tym rosną i oczekiwania. Lokalizacja wydaje się fantastycznym wyborem, jeśli zaś chodzi o artystów można już mieć pewne zarzuty i muszę przyznać, że ubiegłoroczna edycja pod tym względem była o wiele lepsza. Kolejną sprawą jest oprawa wizualna, która wydaje się być traktowana trochę po macoszemu, czego efektem był występ Agaty Królak. Uważam, że Synagoga jest świetnym miejscem, gdzie można wspaniale wykorzystać przestrzeń i stworzyć unikalną atmosferę, należy jednak myśleć o Festiwalu całościowo i spróbować zaprosić następnym razem bardziej profesjonalnych artystów odpowiedzialnych za wizualizacje i oświetlenie. Oczywiście nie zapominam o tym, że dla organizatorów było to pierwsze przedsięwzięcie w takich okolicznościach i na taką skalę, i że pewnych błędów nie da się uniknąć samemu ich nie doświadczając. Dlatego liczę na to, że w następnym roku tego typu sytuacje, o których pisałem, już się nie powtórzą.

All photos by Paweł Kamiński (www.photoblog.com/PawKam)

  • Przez większą część czytania relacji miałem wrażenie jakbym czytał żale kobiety z PMS. Jedyne, z czym mogę się w pełni zgodzić to opinie odnośnie wizualizacji, które podczas festiwalu były fatalne. Pierwszy dzień zaczął się niemrawo – tu też się zgodzę, jednak uważam, że Hecq dał wyjątkowo udany występ („(…)dużą surowością oraz monumentalizmem (…) oczekiwałem podobnej atmosfery podczas jego występu” – cóż, ja właśnie to usłyszałem podczas występu, dodatkowo mocno zagęszczone paletą dźwięków i melodii), który był o wiele lepszy od tego, co zaprezentował tak bardzo oczekiwany Murcof (odgrzewając od kilku lat te same muzyczne kotlety, którymi, owszem, można było się zachwycać ale jakieś 3 lata temu). Podobnie zresztą sytuacja wyglądała z panem Heckerem – występ powalający ale niemal identyczny do tego, jaki miał miejsce rok temu w Krakowie.

  • patryku t, swoje szowinistyczne refleksje zachowaj dla siebie. wracając jednak do występu Hecqa: nie jestem wielkim fanem estetyki wyrosłej na idm’ie i uważam, że nic ciekawego tutaj się już nie wydarzy, ale być może się mylę, niemniej kolejne osoby zapraszane na Festiwal tworzące w obrębie tego gatunku tylko utwierdzają mnie w moim przekonaniu. najwidoczniej jesteś wielkim fanem ckliwych i ujmujących barw, ja takich prostych zabiegów nie lubię i dałem temu wyraz w recenzji. co do Murcofa, w przeciwieństwie do Ciebie uważam, że nawet jeśli zagrał (a faktycznie tak zrobił) odgrzewanego kotleta to brzmiało to o wiele ciekawiej niż grający przed nim Hecq. W przypadku Heckera nie pozwoliłem sobie na jakiś wartościujący osąd, dlatego pozostawię to bez komentarza.

  • Pak

    Festiwal rzeczywiście zaskakuje niekonsekwencją i dziwnymi decyzjami – zaprasza się duże nazwiska (co typowe dla początkujących festiwali nie mającej jakiejś własnej wizji kuratorskiej), aby zestawić je z artystami z zupełnie innej bajki. Osobiście nie mam nic przeciwko produkcją Stendeka czy Hecqa – miłe dzwięki klubowej elektroniki. Ale jaki sens ma zestawianie takich wizji muzyki z Murcofem i Heckerem którzy reprezentują zwyczajnie nieprzystającą, opcję muzyczną – znacznie bliższą do Akademii niż do parkietu klubowego. Organizatorzy powinni się zastanowić czy takie kontrasty służą budowaniu marki festiwalu. Ale obserwując zachowania publiczności można odnieść wrażenie że „wszystko się podobało”. Nie odwołując się do znacznie większych przykładów (bo wiadomo że wrocławska impreza jest względnie młoda), kiedy porównać to choćby z inną wrocławską imprezą – Avant Artem ujawniają się całe problemy z wizją festiwalu. W takie sytuacji nawet świetny Ehrhorn, który zwykle daje fantastyczne koncerty zagrał niekonsekwentnego i eklektycznego „seta” ponieważ prawdopodobnie chciał dotrzeć do tutejszej publiczności… Pogłębia to wrażenie użycie oświetlenie: zupełnie odklejone od konwencji i do tego źle zrobione (pani oświetleniowiec jednym razem np. wyszła zapominając o tym że po koncercie musi włączyć oświetlenie sceny…). Czy ktoś kto zdecydował o takiej oprawie był kiedyś na Transmediale czy nawet na Unsoundzie w Krakowie? Czy artyści tej sceny potrzebują laserów i scenicznych świateł – szczególnie w miejscu tak atrakcyjnym wizualnie jak wnętrze Synagogi Pod Białym Bocianem? Na przyszły rok organizatorzy powinni się naprawdę zastanowić…