04.10.2012 Avant Art Festival

Ciemne chmury gromadzące się nad Wrocławiem dotarły również w okolice Impartu podkreślając nieprzychylną aurę towarzyszącą festiwalowym wydarzeniom. Już pierwszy koncert Caspar Brötzmann Massaker dobitnie to pokazał będąc nie lada wyzwaniem dla słuchaczy, balansujący na granicy przyswajalności. Potężne i monotonne tempo wybijane przez perkusistę Danny’ego Arnolda Lommena oraz akompaniującego mu na basie Eduardo Delgado Lopeza dopełniło się w osobie Caspara Brötzmanna i jego gitarowych improwizacjach. Brötzmann unosił się w jakimś opiatycznym transie, spowolniony i rozmiękczony w ruchach, zanurzony we własnym kontinuum, z którego przebijał się w naszą stronę za pomocą dźwięków. Było w tym coś hipnotycznego – obserwowanie jego gry i kontrastującej z nią mową ciała. Jednak w samym występie przeważała nieuzasadniona siła, a zbyt mało było w nim finezji bądź sonorystycznych wędrówek, takich jak chociażby z wspólnej kolaboracyjnej płyty Merry Christmas z innym gościem Avant Art Festival, FM Einheit’em. Choć dotrwałem do samego końca koncertu czułem się przygnieciony zaserwowaną dawką dźwięków.

Nie wierzcie temu co piszą o 2g na stronie Avant Artu, informacje tam zawarte są nieprawdziwe. Z całym szacunkiem dla działalności kuratorskiej dyrektora festiwalu Kostasa Georgakopulosa, jego działalność muzyczna jest całkowitą odwrotnością tego, co stara się robić poza sceną. Zabierzcie Kostasowi mikrofon (!), niech skoncentruje się na tym, co wychodzi mu najlepiej, czyli organizowaniem festiwalu. Muzyka (przynajmniej taka jaką zaprezentował tego wieczoru) to nie jest jego najlepszy wybór.

Po najsłabszych w tej edycji Avant Art Festivalu występach ze znacznym opóźnieniem na osłodę pozytywne zaskoczenie, Tannhäuser Sterben & das Tod. Duet grasujący po rubieżach wielu różnych estetyk przefiltrowanych przez digital core’ową maszynerię. Cyfrowy hałas przeplatał się z hip-hop’owym pulsem i kraut-rock’owymi pętlami. To było jazgotliwe śmietnisko dźwięków bez nadziei na pozytywne zakończenie. Zdecydowanie najciekawszy koncert, który jednak nie miał szans odwrócić losów skazanego na niepowodzenie dnia.