03.10.2012 Avant Art Festival

Drugi festiwalowy dzień przyniósł oczekiwane jakościowe zmiany. Wreszcie doczekaliśmy się odpowiedniej korespondencyjnej gry między występami, pierwszym spokojnym i ilustracyjnym względem drugiego pełnego wariactwa i sporej dawki humoru.

Nim jednak wydarzenia rozpoczęły się na dobre, kilka chwil wcześniej wspominałem występ Pan Americana podczas krakowskiego Unsoundu. Mark Nelson wystąpił wtedy razem z perkusistą Stevenem Hessem. Atmosfera jaką udało im się wówczas wytworzyć w kościele Świętej Katarzyny oscylowała między delikatnością, a rozległymi ziarnistymi fakturami. Co ciekawe owo wspomnienie okazało się być analogiczne do muzyki Knuckledustera, a także podziału ról. Debashis Sinha podobnie jak Steven Hess odpowiadał za elementy perkusyjne, zaś Robert Lippok (tak samo jak Mark Nelson) koncentrował się na generowaniu zapętlonych pulsujących plam. Muzyka przemieszczała się gdzieś pomiędzy post-rockową ambientalnością, kruchym gliczowymi pęknięciami, wzruszana niekiedy hipnotycznymi uderzeniami perkusji. Muzykom udało się zachować równowagę tworzonej atmosfery nie popadając w banał i równocześnie trzymając słuchacza w skupionym zaciekawieniu.

Druga odsłona środowych wydarzeń przyniosła kolejne pozytywne zaskoczenie. Na scenie pojawiła się dwójka muzyków, którzy z miejsca zjednali sobie publiczność przeróżnymi wygłupami oraz historiami o swoich pomyłkach w zderzeniu z zawiłościami języka polskiego (słowo „szybko” przeobrażało się w ustach naszych sąsiadów zza zachodniej granicy w „cipka”, a niemieckie „super-duper” Polakom kojarzyło się z „super dupą”).

Dÿse zagrali niezwykle żywiołowi koncert, pełen hałaśliwej perkusji, zmian tempa, mięsistych riffów z soczystym rockowym pazurem. To połączenie humoru i zwariowanej energii doskonale się sprawdziło, zacierając niezbyt dobre wrażenie z wtorkowego otwarcia festiwalu.