02.10.2012 Avant Art Festival

Pierwszy dzień festiwalowy, w kontekście całego tygodnia różnych wydarzeń, z reguły cechuje się pewnym rozleniwieniem. Trzeba oszczędzać siły na kolejne dni, a sami organizatorzy starają się napięcie stopniować, dbając o formę i wrażenia uczestników festiwalu. Tak właśnie chyba należy odczytać wtorkowy repertuar, przynajmniej w jego pierwszej części, czyli kolaborację grupy Nanoschlaf z polskimi tancerzami: Dawidem Lorencem, Filipem Szatarskim i Radkiem Heweltem.

Oglądając ten muzyczno-improwizowany spektakl taneczny początkowo dałem się wciągnąć w pojedyncze i nieregularne frazy dźwięków i gestów wyłaniających się z ciszy i oczekiwania, interakcje między muzykami i tancerzami, wymienność planów i zazębiających się ze sobą warstw próbujących  stworzyć jedno synestezyjne ciało, by w miarę upływu czasu dostrzegać jak środki ekspresji i sam pomysł na całość wyczerpywały się. Muzycy dryfowali między rytmicznymi schematami, a tancerze zmierzali ku aktorskiej ironii uwiecznionej zdjęciem widowni wypowiadającej w stronę aparatu: „Ser”.

Mając w pamięci spotkania muzyków improwizowanych z tancerzami Butoh miało się ochotę dotknąć napięcia zbudowanego z gestów przyciągających wzrok i uwagę jak magnez, tymczasem owej dramaturgii i elementu zaskoczenia zabrakło, rozwodnionych przez zdecydowanie za długą „akcję” i niezbyt przekonywującą współpracę muzyków z tancerzami i tancerzy z muzykami. Jako duży plus należy uznać wypełnioną do ostatniego miejsca salę, co jak na wspomniane wcześniej ogólne rozleniwienie było pozytywnym zaskoczeniem.

Drugim wydarzeniem mającym wyrwać widownię z wcześniejszego letargu był koncert tria Defibrillator z Peterem Brötzmannem. I faktycznie im się to udało, od samego początku narzucili ostre i noise’owe tempo akcji, co dla wielu osób będących zapewne myślami przy poprzednim koncercie, było chyba zbyt dużym kontrastem i atakiem na ich wrażliwość, sprawiając, że pospiesznie opuszczali oni swoje miejsca.

Sama zaś muzyka zgubiła gdzieś wyrazistość rozmywając się w brzmieniu dwóch planów, perkusisty Olivera Steidle oraz Brötzmannowskich improwizacji (Brötzmann został tak nagłośniony, że w zasadzie cokolwiek by nie zagrał i tak byłoby go najlepiej słychać). Najbardziej na tym stracił puzonista sporadycznie przebijający się na pierwszy plan (najczęściej gdy Brötzmann przestawał grać, bądź gdy perkusista spuszczał trochę z tonu). Z kolei odpowiedzialny za elektronikę Artur Smolyn ograniczył się do zestawu padów i efektów, które na początku mogły ciekawić, ale potem ich powtarzalność stawała się nużąca. Niestety w kontekście sonicznej burzy kwartetu, która miała przygnieść słuchacza, hardware zawodził brakiem szybkiej reakcji na dziejące się wydarzenia i monotonią.

Paradoksalnie słuchając tej muzyki poczułem się na tyle komfortowo, że gdyby koncert odbywał się w jakimś chillout roomie [sic!] nie miałbym problemów z wygodnym ułożeniem się na jakiejś pufie i odpłynięciem razem z muzycznym trzęsieniem ziemi.

Reklama